|
Zapraszam do lektury.
Sorry, za błędy stylistyczne, które jeszcze się wkradły, ale nie miałem
czasu bardziej wszystkiego popoprawiać. Oczywiście wszystko, oprócz
zdjęć,
które niedługo wywołam i zeskanuję, jest także na mojej stronie,
Maraton Piechowice-Górzyniec 06.07.2002
Piechowice leżą dosyć blisko Zielonej Góry, więc tym razem zamiast
nocować w
górach wyjechaliśmy rano, około szóstej. Niestety ekipa z Zielonej Góry
skurczyła się do mnie i Jarka. Dwaj, którzy na pewno by startowali, tzn.
Krzysztof Katarzyński i Mirek Pyszczek byli usprawiedliwieni bo akurat z
dwoma innymi szosowcami udali się na Tour de France dla amatorów. Podczas
jazdy dostaliśmy sms od Krzyśka, że pogoda u nich wygląda nieciekawie. 12
stopni Celsjusza i siąpi deszcz, a mają wjechać jakieś 2000 metrów w
górę. U
nas słońce i parę chmurek leniwie rozwianych przez wiatr. Jarek ma dobry
gust muzyczny, więc podróż była przyjemna. Po drodze minęliśmy poloneza
ekipy nowosolskiej, która tym razem była reprezentowana przez Sławka,
Koguta
i Wojtka.
Po zajechaniu do Górzyńca udaliśmy się do biura organizacyjnego. Podobno
miało być około 1000 osób więc obsługa przyjmująca zapisy musiała
mieć pełne
ręce roboty. Jak zwykle oprócz numeru startowego, bidonu, wody, napoju
izotonicznego i batoników uczestnicy otrzymywali koszulkę kolarską. Tym
razem przeważał kolor niebieski. Po zapisaniu się musieliśmy jeszcze
odebrać
Szymona z dziewczyną, którzy urządzili sobie nocleg w Michałowicach.
Miejscowość ta leży tuż nad Piechowicami. Mieli na nas czekać na drodze,
ale
niestety jeszcze się nie uwinęli z pakowaniem. Po przejechaniu całych
Michałowic byliśmy trochę na nich źli, ale złość wkrótce nam minęła.
Dojechaliśmy do rozjazdu dróg, z którego rozpościerał się piękny widok
na
góry. Co ciekawe na poboczu pośrodku rozjazdu stała ławka ze stołem.
Stwierdziliśmy, że w takich sprzyjających okolicznościach przyrodniczych
można urządzić śniadanie i poczekać na nich. Gdy byłem w połowie paczki
musli, w końcu się zjawili. Było już trochę późno więc zwinęliśmy
się z
Michałowic. Około dziesiątej trudno już było znaleźć miejsce do
parkowania w
okolicach biura organizacyjnego, ale w uliczce obok jakaś miła pani
użyczyła
nam kawałek trawnika.
Już w pół do jedenastej zebrał się przy starcie spory tłum, więc
niestety
stanęliśmy trochę z tyłu. Było tyle ludzi, że dopchanie się do przodu
nie
było możliwe. Jarek jako jeden z niewielu, albo i jedyny jechał na
trekkingu. Wyścig rozpoczął się punktualnie o jedenastej. Jak to zwykle w
tłoku trzeba było uważać, żeby jechać w miarę spokojnie i nie stanowić
zagrożenia dla innych. Jednak już zaraz za metą widziałem jakiegoś, lekko
obdrapanego gościa, siedzącego w rowie. Powoli zacząłem się rozkręcać i
jechać swoim tempem. Jednak po chwili przypomniałem sobie, żeby powiedzieć
Jarkowi, aby mój aparat fotograficzny zostawił u kolegów z Nowej Soli,
którzy mnie będą odwozili, bo chciałbym zrobić jeszcze parę fotek. Jarek
jechał po wyścigu jeszcze do rodziny więc nie mógł mnie zabrać z
powrotem.
Po drugim pożegnaniu się z nim, ponownie rozpocząłem wyprzedzanie.
Zauważyłem, że licznik wskazuje zero, co było spowodowane oberwaniem się
kabelków od podstawki. Zwykle dobór przełożeń uzależniam dokładnie od
prędkości, ale teraz zmuszony byłem jechać na wyczucie. Takie rzeczy
zdarzają się często w najmniej pożądanym momencie, jednak małe
niedogodności
nie popsuły mi humoru i cieszyłem się, że chociaż działa zegarek. Po
drodze
minąłem paru znajomych i w czasie tego pierwszego podjazdu stwierdziłem,
że
chyba jeszcze nie jechałem w tak wielkim peletonie. Początkowo, aż do
Rozdroża Izerskiego droga wiodła tak jak rok temu. Podjazd, z początku
asfaltowy, zamienia się po jakimś czasie w szuter, posypany tłuczniem. Na
części szutrowej jakiś fragment drogi jest zwykle mniej kamienisty i po tej
części ludzie jadą zwykle jeden za drugim. W związku z tym, żeby ich
wyprzedzić trzeba było pocisnąć trochę mocniej po kamieniach z boku. Po
jakimś czasie jednak tłum był już mocno przerzedzony i wyprzedzanie nie
stanowiło problemu.
Po dojechaniu do Rozdroża Izerskiego trasa skręcała tym razem w prawo. Rok
temu biegła przez drogę w lewo aż do Polany Izerskiej. Byłem już dobrze
rozgrzany i wyprzedziłem na zakręcie po zewnętrznej następną grupę
ludzi.
Tutaj znajdował się drugi bufet. Bidon na wodę wziąłem, ale tylko na
wszelki
wypadek. Nie musiałem do niego nalewać wody, bo bufety były tak optymalnie
rozmieszczone, że wystarczyło mi, gdy kończyło się picie zabierałem do
kieszeni w koszulce następną buteleczkę napoju izotonicznego koop. Nie
musiałem się zatrzymywać, bo zawsze stało paru ludzi, którzy podawali to
co
się chciało. Za Rozdrożem Izerskim zrobiło się w miarę płasko i w
porównaniu
do kamieni na wcześniejszym podjeździe jechało się już łatwiej i dzięki
temu
szybciej. Do ponownego dojechania do Rozdroża Izerskiego prowadziła na
zmianę po drogach gruntowych i po asfalcie. Nie były to jednak drogi
asfaltowe po których często jeżdżą samochody tylko coś w stylu mało
uczęszczanych dojazdów do jakichś miejsc w lesie. Cały czas wyprzedzałem
i
parłem do przodu. Czasami ktoś wcześniej wyprzedzony mnie dochodził, ale
starałem się nie odpuszczać i jego zostawić w tyle. Gdzieś w połowie
drogi
pomiędzy szczytem Wysoka, a Rozdrożem Izerskim znajdował się kolejny
bufet,
co akurat pasowało idealnie do mojego pragnienia. Na tym odcinku był jeden
dłuższy trawiasty fragment, gdzie trzeba było jechać jednym pasem drogi,
bo
reszta była mocno zarośnięta. Po jakimś czasie robiło się jednak
szerzej. W
jednym miejscu tutaj była pułapka w postaci małej, błotnistej dziury
ukrytej
za kępą trawy. Próbowałem kogoś wyprzedzić i wpadłem w nią.
Spowodowało to
całkowitą utratę panowania nad rowerem i prawie wpadłem na gościa, który
pewnie usłyszał, że coś się złego za nim dzieje i zdołał odskoczyć do
przodu. Niestety nie utrzymałem równowagi i pojechałem chwilę plecami po
trawie na poboczu. Na szczęście nikt nie rozjechał mojego roweru, który
został na środku drogi i mogłem pomknąć dalej. Jestem ciekawy ile osób
tutaj
leżało, bo na drugim okrążeniu w tym miejscu człowiek przede mną wpadł
na
drugiego w taki sam sposób jak ja mogłem wpaść na gościa wcześniej.
Dalej
obyło się bez niespodzianek i po ostatnim, szybkim asfaltowym zjeździe
dotarłem ponownie do bufetu na Rozdrożu Izerskim, tylko z drugiej strony.
Tutaj skończyły się asfaltowe odcinki i do końca pierwszego okrążenia
droga
wiodła po dość kamienistych duktach leśnych. W tej części trasa była
poprowadzona prawie w całości tak jak rok temu. Po pierwszym ostrym
zakręcie
o prawie 180 stopni zaczął się szybszy zjazd, na którym zacząłem
spotykać
ludzi łatających rozwalone ogumienie. Potem nastąpił powolny podjazd w
okolicach gór Jastrzębiec i Kopań. Trudność stanowiły tutaj dosyć duże
kamienie, które skutecznie spowalniały. Po podjechaniu można było znowu
zjechać. Stwierdziłem, że ludzie zaczynają pomykać coraz szybciej i
uznałem,
że to już blisko meta do krótszego dystansu i nie ma co przeszkadzać. Z
tego
powodu przestałem na jakiś czas walczyć o miejsce, bo przede mną było
jeszcze jedno okrążenie, a tu ludzie już finiszowali. Po zjeździe z góry
Kopań nastąpił płaski kawałek. Trasa była generalnie sucha, ale na
całej
północnej jej części zdarzały się kałuże, a tutaj były największe.
Jako
dziecko zawsze lubiłem się taplać w błocie, ale z niewiadomych przyczyn
mama
zawsze mi tego zakazywała. Teraz jestem już duży i wszystkie kałuże na
trasie były moje. Można się było trochę ochłodzić przejeżdżając
przez
środek, a że woda była trochę brązowa i trochę brudziła, to już
problem mamy
i pralki. W końcu dojechałem do miejsca gdzie rok temu trasa skręcała w
lewo
na asfaltowy zjazd, na którym sprawdziłem wytrzymałość kasku i roweru,
zderzając się czołowo z samochodem. Tym razem zjazd na asfalt był
zagrodzony
i droga skręcała w prawo. Dalej było kilka kamienistych zjazdów i jeden
dłuższy, płaski odcinek w wyższej trawie. Nie szarżowałem i pozwalałem
się
wyprzedzać spieszącym się do mety.
Wkrótce dojechałem do końca pierwszego okrążenia. Rozjazd bardzo dobrze
zrobiony. Po ostrym zakręcie, na którym każdy musiał wyhamować, widać
było
duże, tabliczki ze strzałkami na 84km czyli drugie okrążenie i metę.
Chyba
doświadczenia z Sokołowska sprawiły, że było to jedyne miejsce gdzie
startujący mieli możliwość zmiany trasy. Po skręcie na drugie okrążenie
zatrzymałem się na chwilę aby naoliwić łańcuch, który już od pewnego
czasu
domagał się głośno oliwki. Musiałem dokręcić jeszcze śrubkę lewej w
klamce.
W tym miejscu był umiejscowiony bufet oraz punkt kontrolny. Jak zajechałem
to byłem chyba na miejscu 75, jednak po dokonaniu krótkiego serwisu
spadłem,
już chyba na około 90 miejsce.
Znając już trasę, wiedziałem, jak można rozkładać siły i gdzie są
podjazdy i
zjazdy, na których można łyknąć jeszcze parę osób. Postanowiłem nie
dawać za
wygraną i powoli zacząłem doganiać uciekinierów. Siły mnie nie
opuszczały i
każda sylwetka, która zamajaczyła przede mną, powoli, acz nieubłaganie
zamieniała się w kolejnego zawodnika, który znalazł się za mną w
klasyfikacji. Tak przebrnąłem drugie okrążenie i jestem z siebie
zadowolony,
że nie dałem się nikomu wyprzedzić. Dobrnąłem w końcu do ostatnich
kamienistych zjazdów przed rozjazdem i już nie dawałem się tam wyprzedzać
jak na pierwszym okrążeniu. Spotykałem coraz więcej
... read more »
|