z
http://www.wirtualnapolonia.com/teksty.asp?TekstID=7371
Takich nagłówków prasowych Polska nie widziała od czasu śmierci Stalina i
Bieruta.
Całe pierwsze kolumny mediów liberalno-lewicowych zajmowały portrety
"ojca
polskiej niepodległości" (!).
"Nieugięty obrońca wolności i prawdy, tolerancji i solidarności
(...). Przez
dziesięciolecia był dla nas znakiem nadziei, wiary i miłości" (!).
"Jeden z
tych, którego wizje są nieśmiertelne" - powiedział 24 czerwca
prezenter
telewizyjnych Wiadomości (TVP 1), prześcigając w ten sposób wszystkich
innych piewców.
Jeśli - wzorem starożytnych - za miarę nieprzyzwoitości przyjąć brak
umiaru
("aurea mediocritas"), to trzeba stwierdzić, że w peanach na
cześć Jacka
Kuronia zostały przekroczone wszelkie granice przyzwoitości, a także
granice
prawdy.
Przy okazji otrzepano z kurzu i wywleczono zmory przeszłości, każąc nam
podziwiać "Jacka, wiecznego buntownika, co przyłożył ręki do budowy
dwóch
systemów" i Jacka, po którym płaczą walterowcy!
Kto wie, może właśnie to było najważniejsze?
Żyjemy w czasach wielkich kreacji medialnych.
Powstają one na zamówienie środowisk politycznych, grup nacisku, grup
interesów.
Wykreowany bohater ma służyć tym grupom także po śmierci.
Służyć do "bezbolesnego" rozpowszechniania poglądów, które
podane w inny
sposób zostałyby odrzucone.
Można go także użyć do swoistej "rehabilitacji"
skompromitowanego systemu
politycznego oraz ludzi, którzy go tworzyli i z niego wyrośli.
Komunista od urodzenia
Kuroń - już na wiele lat przed śmiercią - został wykreowany według
znanego
schematu "swojego chłopa".
Za komuny "popełnił pewne błędy", ale przecież chciał dobrze,
tylko mu nie
wyszło - tak media usprawiedliwiały jego stalinowski rodowód.
Za to później siedział w więzieniu, "bronił" robotników,
rozlewał za darmo
zupę, dawał kuroniówki i nie nosił krawatów.
Po prostu swój chłop i basta.
Do tego mówiło się dyskretnie, że "lubił wypić".
Czego trzeba więcej, by w czasach drapieżnego kapitalizmu, bezrobocia i
arogancji władzy zdobyć czołowe miejsce w rankingu popularności?
Oczywiście, co innego popularność, a co innego zaufanie.
Tak wykreowany "bohater" nie jest bowiem przeznaczony do
najwyższych
stanowisk w państwie.
W tej roli mógłby być kłopotliwy.
W wyborach na prezydenta państwa Kuroń uzyskał mniej niż 10 proc.
głosów, co
świadczyłoby o tym, że w gruncie rzeczy nie był przez Polaków zbyt
poważnie
traktowany.
Za życia człowiek od zupy i kuroniówki, po śmierci natychmiast stężał w
pozie "Najwybitniejszego z Niepokornych naszego czasu" ("Gazeta
Wyborcza",
18 czerwca).
W takiej pozie jest dziś potrzebny swojemu środowisku.
Kim naprawdę był ten człowiek?
Urodził się w roku 1934 we Lwowie, w rodzinie ateistycznej.
We wspomnieniach z dzieciństwa napisał, że ojciec wyjaśnił mu już w
dzieciństwie, że "Boga nie ma".
"Znajdowałem odpowiedzi na wszystkie pytania w klimacie ideowym mojej
rodziny, który to klimat wiązał się z duchowością lewicy".
Bez Boga, ale z "duchowością lewicy".
To dobrze charakteryzuje postawę Kuronia.
Nie wierzył w Boga, ale miał swą "religię", ukształtowaną
później przez
lektury klasyków komunizmu, które - jeśli pisze prawdę - pochłaniał już
od
czasów szkoły powszechnej.
Największe wrażenie zrobiła na nim książka Lenina "Państwo i
rewolucja".
Rodzina Kuronia żyła hasłami rewolucji 1905 roku.
Brat dziadka Władysław Kuroń był krwawym bojówkarzem: podczas strajku w
kopalni "Reden" zabił stojącego na dziedzińcu dyrektora, a
później
zamordował księdza, który naraził się "bojowcom", krytykując
ich metody
walki.
Jacek Kuroń był zafascynowany postacią Władysława.
Ważne miejsce we wspomnieniach Kuronia zajmują Żydzi.
Twierdził, że w czasie okupacji jako dziecko musiał przeżywać "cały
ten ból,
wstyd i grozę", spowodowane "antysemityzmem" Polaków, za
który winił
"znaczną część kleru".
Wojna uczyniła Kuronia "alergicznie uczulonym na sprawę
żydowską" i to w
sposób skrajnie jednostronny.
Kuroń usprawiedliwia bez żadnych zastrzeżeń powojenne zbrodnie żydowskich
funkcjonariuszy UB na polskiej młodzieży i polskiej inteligencji:
"Poznałem
potem Żydów, którzy byli samą nienawiścią do faszyzmu, a rozumieli przez
to
antysemityzm. W rezultacie nienawidzili Polaków formacji narodowej,
Polaków-katolików, jakich w społeczeństwie polskim była wówczas
większość".
Znak równości między "faszystą" i
"Polakiem-katolikiem"!
Wygląda na to, że za warunek dobrych stosunków polsko-żydowskich,
częściowo
już spełniony, uważał Kuroń zniknięcie "Polaków-katolików" i
"Polaków
formacji narodowej", którzy "wówczas" byli większością.
Dziś już nie?!
Bez trudu można zauważyć, że te poglądy doskonale przystają do ideologii
"Gazety Wyborczej", która rozpowszechnia teorię o żydowskiej
powojennej
"traumie" skłaniającej funkcjonariuszy UB do znęcania się nad
polskimi
patriotami.
Przystaje też do opinii wyrażonej kiedyś w "Tygodniku
Powszechnym", że "nie
można zrozumieć holokaustu bez znajomości polskiego antysemityzmu"
(!).
Na sowiecką modłę
Po wojnie rodzina Kuroniów trafiła do Krakowa i natychmiast zaangażowała
się
po stronie "nowego porządku".
Ojciec został działaczem "nowego" PPS-u, gdyż "przemawiała
do niego wizja
nowej Polski".
Syn włóczył się z nim po spotkaniach partyjnych i szybko doszedł do
wniosku,
że "źródłem wszelkiego zła jest prywatna własność".
Dorastający rewolucjonista nie szukał przyjaciół w PPS, lecz w PPR i jej
młodzieżowej przybudówce ZWM.
Kiedy miał lat 15, był już działaczem ZMP.
Imponowała mu władza i wpływy działaczy z żoliborskiego Zarządu
Dzielnicowego: "Nie mieliśmy czasu odrabiać lekcji (...), zresztą,
nauczycieli traktowaliśmy jako reakcję. Nauczyciele bali się nas".
"Każdy
miał kogoś we władzy. Wujka, stryjka, kumpla, który kiedyś przekręcił
się
przez ´dzielnicę´, a teraz był w UB, w wojsku, milicji, w komitecie
dzielnicowym lub wojewódzkim partii. Gdy się miało jakąś sprawę, szło
się do
Jurka, Franka, Józka, którzy byli tacy swoi, właśni" (!).
Trudno oprzeć się wrażeniu, że późniejsze, polityczne kontestacje
Kuronia
wynikały z tęsknoty do żydowskiego stalinizmu, w którym czuł się jak
ryba w
wodzie; do komunistycznego kolektywizmu i swoiście pojmowanej
"solidarności
klasowej", do "uczelni dla działaczy bez matur", w czym
widział "awans" i
realizację "idei sprawiedliwości społecznej".
Po prostu tęsknota do "swoich". Przyznaje, że jego zarząd ZMP
wystawiał
świadectwa kolegom kandydującym na studia i to, co tam wypisywano,
"wielu
ludziom uniemożliwiło studia".
Kuroń był w tym zarządzie kierownikiem najtrudniejszego "odcinka"
-
propagandy.
Jak bardzo się starał, świadczy fakt, że już w wieku 18 lat został
etatowym
pracownikiem aparatu partyjnego i skierowano go do wydziału harcerskiego
stołecznego ZMP.
Walczył z "chuliganami" i "bikiniarzami" na warszawskich
ulicach.
Była to najczęściej walka dosłowna, przy pomocy pięści, często z
pomocą
milicji lub UB.
Z rozbrajającą szczerością pisze, że podczas sławetnego zlotu
młodzieży w
1955 r. był odpowiedzialny za parkiety w Parku Kultury nad Wisłą.
"Przy każdym była bojówka, ale w czasie zlotu nie bito"...
Uczestniczył też jako obserwator ZMP w haniebnych procesach młodzieżowych
grup antykomunistycznych.
Wojskowe sądy rejonowe skazywały 16-, 17-letnich chłopców często na
wieloletnie więzienie.
Takich młodych ludzi, którym złamano życie, było wówczas w Polsce kilka
tysięcy.
Był to jednak przede wszystkim czas rozprawy z harcerstwem polskim.
Komunistom zależało szczególnie na likwidacji drużyn starszoharcerskich,
których nie dało się już "zreedukować".
Chcieli sprowadzić harcerstwo do "pionierów", według ściśle
sowieckich
wzorów.
W roku 1949 ograniczyli wiek harcerzy do 15, potem do 14 lat.
Zakazali używania dotychczasowych mundurków i odznak, zwłaszcza krzyża
harcerskiego.
Jego miejsce zajęła niebawem sowiecka "czuwajka".
Wprowadzili nowe prawo i przyrzeczenie.
Teraz harcerz miał budować komunizm, w ramach tzw. Organizacji Harcerskiej
(OH) podporządkowanej ZMP.
Dla Kuronia nawet tego było za mało.
Zorganizował "dzieło" swojego życia: Krąg, potem Hufiec
Walterowski, którego
został komendantem.
To była już klasyczna, komunistyczna organizacja młodzieżowa, o wysokim
stopniu indoktrynacji, mająca za patrona bolszewickiego oficera, który w
latach wojny 1919-1920 zabijał polskich żołnierzy, broniących dopiero co
odzyskanej niepodległości.
Jest rzeczą haniebną, że w pośmiertnych panegirykach pisano, iż Kuroń
był
"twórcą harcerstwa walterowskiego", jakby to był jakiś powód do
chwały, nie
wyjaśniając, czym to "harcerstwo" było.
Podczas uroczystości na cmentarzu przedstawiono nawet jednego z walterowców
Seweryna Blumsztajna.
"Gazeta Wyborcza" zamieściła zdjęcie z obozu walterowców, z
Kuroniem w
środku, i z cytatem z jego wspomnień: "Walterowcy to był nasz pomysł
socjalistycznego wychowania (...). Uznaliśmy, że metoda Makarenki najlepiej
będzie służyć naszym celom" (!).
Według "pedagogiki" Makarenki zorganizowano też wówczas tzw.
Więzienie
Progresywne dla patriotycznej polskiej młodzieży w Jaworznie!
Kto i w jakim celu wywołuje tę zmorę?
Czy śmierć Kuronia ma być początkiem "rehabilitacji"
stalinowskiej nocy?
Nagłośniony ponad miarę "List otwarty do partii", który Kuroń
podpisał razem
z Karolem Modzelewskim, sprawił, że od tej pory dawny stalinista
przepoczwarzył się w "opozycjonistę".
W żadnych wypominkach nie napisano jednak, że ten list nie dotyczył
polskiej
suwerenności, lecz był
... read more »